Czy Barcelona naprawdę będzie w stanie zarejestrować Juliana Alvareza, jeśli go kupi?
Wizje rzekomego transferu Juliana Alvareza do Barcelony brzmią obecnie jak klasyczna letnia gorączka transferowa, rozdmuchana przez dziennikarzy, którzy muszą czymś zapełnić szpalty, podczas gdy uwaga kibiców skupia się na trwających w najlepsze mistrzostwach świata za oceanem.
Znamy ten film na pamięć – klub bierze na celownik błyszczącą megagwiazdę, media pompują balon oczekiwań, kibice masowo zamawiają nieoficjalne koszulki z nowym nazwiskiem, a na koniec zaczyna się upokorniający, biurokratyczny taniec z hiszpańską ligą. Prawdę mówiąc, Deco i Hansi Flick traktują argentyńskiego napastnika jako absolutny fundament swojego długofalowego projektu, idealnego następcę dla starzejącego się Roberta Lewandowskiego. Barcelona jest podobno gotowa wyłożyć na stół gigantyczne sto trzydzieści pięć milionów euro kwoty stałej oraz dodatkowe bonusy, byle tylko przekonać Atletico Madryt do rozstania po zakończeniu mundialu. Enrique Cerezo, grając rolę tradycyjnie upartego stołecznego prezesa, odesłał już katalońskich emisariuszy do zapisów w kontrakcie i klauzuli odstępnego, dając jasno do zrozumienia, że tanio nie będzie. Załóżmy jednak na moment, że Joan Laporta znowu wyciągnie z rękawa jakąś finansową dźwignię, sprzeda udziały w kolejnej klubowej spółce-córce, ugnie opór Atletico i podpisze umowę.
Prawdziwy ból głowy nie polega na samym zakupie zawodnika – chodzi o przekonanie lodowatego, biurokratycznego komputera w siedzibie La Liga, by ten w ogóle pozwolił Alvarezowi wybiec na boisko.
Liczby kontra marzenia, czyli kalkulator Tebasa
Władze ligi zaktualizowały limity wynagrodzeń w marcu, rzucając Barcelonie prowizoryczne koło ratunkowe w postaci podniesienia pułapu wydatków do poziomu czterysta trzydzieści dwa miliony euro. Wygląda to nieźle na papierze – solidny wzrost o ponad osiemdziesiąt milionów w stosunku do poprzedniego zestawienia, wywalczony głównie dzięki częściowemu powrotowi na odnawiane Spotify Camp Nou oraz umowom na loże VIP z funduszami z Bliskiego Wschodu.
Brutalna rzeczywistość jest jednak taka, że realna lista płac klubu wciąż dryfuje gdzieś powyżej pół miliarda euro, co oznacza, że Barcelona nadal znajduje się w stanie tak zwanego przekroczenia limitu. Aby zarejestrować gracza o statusie i wymaganiach finansowych Alvareza, klub musi dotrzeć do Świętego Graala hiszpańskich finansów piłkarskich – mitycznej zasady jeden do jednego. Przecieki z gabinetów sugerują, że do osiągnięcia tej finansowej nirwany brakuje zaledwie około dziesięciu milionów euro, ale w świecie futbolowej administracji dziesięć milionów może okazać się dystansem porównywalnym z próbą przepłynięcia Atlantyku na rowerku wodnym. Dopóki ta luka nie zostanie zasypana, klub pozostaje zakładnikiem restrykcyjnych przepisów, wedle których na nowe pensje można przeznaczyć jedynie skromny ułamek zaoszczędzonych lub zarobionych na sprzedaży kwot.
Ludzie, którzy regularnie odwiedzają portale oferujące La Liga zakłady bukmacherskie, aby przewidywać ruchy kadrowe, doskonale wiedzą, że stawianie na transferowe deklaracje Barcelony to zawsze gra przeciwko przepisom finansowym. Rynek żyje medialnymi nazwiskami, ale ligowa baza danych reaguje wyłącznie na audyty, bilanse roczne, podpisane zgody na odejście oraz realną gotówkę lądującą na koncie w banku. Jeśli klub chce uniknąć powtórki z sagi z Danim Olmo czy Gavim – kiedy zawodnicy tkwili w zawieszeniu, podczas gdy prawnicy spierali się o tymczasowe rejestracje i awaryjne zgłoszenia medyczne – musi najpierw gruntownie przewietrzyć szatnię. To oznacza konieczność pozbycia się potężnych kontraktów, wypchnięcia głębokich rezerwowych, przesunięcia terminów płatności i liczenia na to, że kolejne etapy remontu stadionu zakończą się przed terminem, odblokowując świeże strumienie gotówki z biletów.
Ofiary na ołtarzu finansowego fair play
Wciśnięcie Alvareza do składu wymaga bezwzględnego usunięcia kogoś innego z listy płac. Matematyka ligowa nie ma uczuć i nie interesują jej wielkie plany sportowe Flicka. Nie można ot tak dodać do kadry napastnika, który przed chwilą strzelał gole dla Argentyny w meczu z Algierią na mistrzostwach świata, i liczyć na to, że ligowi kontrolerzy przymkną oko.
Potrzebne będą bolesne cięcia o znacznej wadze – mowa tu o zrzuceniu z budżetu rosnących zarobków Roberta Lewandowskiego, sprzedaży Ansu Fati do kogokolwiek gotowego płacić jego tygodniówkę, oddaniu wypożyczonych graczy czy drastycznym obniżeniu pensji innych weteranów. Nawet jeśli sam Alvarez będzie zdeterminowany, by trafić do Katalonii i odrzuci bardziej intratne oferty z Paris Saint-Germain czy Arsenalu, jego dobra wola nie zaspokoi apetytu hiszpańskich rewidentów.
